Azjatycka pielęgnacja po polsku: czy to się może udać ?

A właściwie : „Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku”, bo taki jest tytuł książki Barbary Kwiatkowskiej. Tytuł, który wydaje mi się nieco toporny i z premedytacją skomponowany tak, by przyciągnąć jak najwięcej potencjalnych Czytelników. Skóra i pielęgnacja zainteresują tych, którzy szukają beauty poradnika, a egzotyczny azjatycki akcent spodoba się tym, którzy praktycznych porad może nie potrzebują, ale lubią być na bieżąco z nowinkami urodowego światka. 

Czy ten ostentacyjny tytuł znajduje odzwierciedlenie w zawartości książki? I tak i nie. O samej skórze wiele się tu nie dowiemy. Nie ma rozdziału poświęconego omówieniu jej budowy. Czy to źle? Sama nie wiem. Jak zawsze – są dwie strony tego medalu. Schematy przedstawiające, w różnym stopniu uszczegółowienia, budowę skóry można bez trudu w kilka sekund wyszukać w grafice Google. Wydaje się więc nieco oklepane wklejanie ich do książki i ponowne wałkowanie, gdzie jest która warstwa i z czego się składa. Ale z drugiej strony – świadomość tego, jak skóra funkcjonuje, wydaje mi się istotna w kontekście tego, by umieć rozpoznawać jej potrzeby i świadomie dobierać kosmetyki pielęgnacyjne. A tego autorka obiecuje nas nauczyć. Zachęca też do tego, by zaprzyjaźnić się ze swoją skórą, a skąd mamy wiedzieć, czy chcemy kumplować się z kimś, kogo właściwie nie znamy…

Natomiast podtytuł o azjatyckiej pielęgnacji po polsku już trafniej, według mnie, uściśla treść książki. Autorka wychodzi bowiem od koreańskiej metody layeringu i, jak sama deklaruje, przekłada azjatyckie programy pielęgnacyjne na nasz grunt dostosowując je polskiego klimatu i pór roku. Na tym się chwilę zatrzymam, bo kiedy przeczytałam we wstępie, że „przedstawione porady są opracowaniem autorskim” zabrzmiało mi to tak jakoś soczyście – mięsiście i zaczęłam spodziewać się rewolucji. Po lekturze książki zerknęłam na datę wydania – 2017 rok. Może faktycznie, gdybym spotkała się z tym opracowaniem 3 lata temu, byłoby ono dla mnie bardziej nowatorskie. Choć gdy sięgam pamięcią wstecz… 3 lata temu na własnej skórze uprawiałam już layering tylko bez znajomości tego terminu i jego międzykontynentalnych konotacji. Czy 3 lata temu uzmysłowienie sobie tych konotacji odmieniłoby moją pielęgnację? Nie wiem. Na pewno 3 lata teamu wyniosłabym z tej książki więcej wiedzy niż dziś. Bo dziś nie zaskoczyła mnie niczym szczególnym, a żadną alfą i omegą bynajmniej nie jestem. 

Nie ekscytowałabym się też nadmiernie tą azjatyckością. To tylko punkt wyjścia i inspiracja dla autorki, nie znajdziecie tu natomiast żadnych egzotycznych smaczków, co mnie osobiście zawiodło, bo przez cały czas lektury liczyłam, że autorka przemyci jakieś ciekawe, urozmaicające poradnikowy ton książki, opowiastki kosmetyczne. Szkoda, że nie zdecydowała się tego zrobić. 

gwiazki

Czy to oznacza, że ta książka mnie rozczarowała podobnie jak „Szczęśliwa skóra” Adiny Grigore? Absolutnie nie. Wprost przeciwnie. Uważam, że „Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku” to rzeczowy i sensowny poradnik urodowy. Oferuje wiedzę, która pozwoli zagubionym osobom odnaleźć się w temacie pielęgnacji. Wiedzę tę podaje w sposób uporządkowany, w przystępnej formie – prostej językowo, bardzo przejrzystej graficznie i bogatej w uproszczające wypunktowania i tabelki, do których łatwo będzie wracać, by coś sobie na szybko w przyszłości sprawdzić. Nie ma tu raczej lania wody i zbędnego duplikowania treści. Jest to książka, która w praktyce istotnie może pomóc okiełznać własną skórę. Która może wyposażyć w niezbędne informacje o tym, jak czytać składy, co jest co, jak działa, po co i dlaczego. Osoby niezorientowane w pielęgnacji i składach, osoby, które czują, że działają trochę po omacku i miotają się między poleceniami z różnych stron, odnajdą tu podstawowe informacje i zostaną poprowadzone za rączkę przez kosmetyczny świat. 

 

Wędrówkę tę autorka rozpoczyna od paru słów o typach cery i krótkiego wstępu do czytania składów. Potem omawia kolejno etapy oczyszczania, tonizowania i pielęgnacji. Opisuje rodzaje kosmetyków, które na każdym z tych etapów można zastosować, przedstawia też konkretne przykłady z naszego rodzimego podwórka. Nie są to zawsze przykłady naturalnych produktów, ale też autorka nie zajmuje purystycznie zielonego stanowiska, a raczej stara się głosić prawdę prawdziwą i starą jak świat – rób to, co najlepiej sprawdza się na Twojej skórze. Podoba mi się, że nie ma tu demonizowania. Jak wiecie, moje serce w całości należy do naturalnych kosmetyków, ale nie podobałoby mi się, gdyby poradnik urodowy, pragnący być uniwersalnym, przedstawiał je jako jedyną słuszną drogę w pielęgnacji. Niemniej, na widok tabeli z obszernym zestawieniem hydrolatów, uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. 

Następnie Kwiatkowska proponuje przewodnik po surowcach kosmetycznych. Tu skupia się głównie na olejach i masłach ( znów przewijają się tabele), jest też o kwasie i żelu hialuronowym. I like it! Po przewodniku wyłaniają się 4 filary skutecznej pielęgnacji. Według autorki to witaminy C i A, kwasy złuszczające i filtry przeciwsłoneczne. Opisane są formy witamin, rodzaje kwasów i filtrów, znów wraz z przykładami konkretnych, gotowych produktów. Ten surowcowy cug kończy się rozdziałem o innych składnikach aktywnych, które, zdaniem autorki, warto włączyć do swojego programu pielęgnacyjnego, a są nimi: niacynamid, peptydy ( z tabelą rodzajów peptydów pod kątem konkretnych problemów i osobnym podrozdziałem o peptydach miedziowych) oraz antyoksydanty. 

Przedostatni rozdział poświęcony jest omówieniu porannej i wieczornej pielęgnacji dla różnych typów skóry według metody layeringu. To najbardziej praktyczna część książki, bardziej do wdrażania w życie niż do czytania, część pewnie najbardziej pomocna dla osób początkujących. Całość zamykają porady w pigułce, czyli odpowiedzi na najczęstsze pytania, z jakimi spotkała się autorka, oraz słowniczek pojęć. 

Wchodzisz do drogerii, widzisz półki uginające się od kremów, toników, żeli myjących, balsamów, różnych rodzajów serum i pojawia się dylemat: co wybrać, czym się kierować?​

To pierwsze słowa Kwiatkowskiej. Uważam, że ” Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku” pozwala w znacznym stopniu ten dylemat rozstrzygnąć. Moim zdaniem, nawet jeśli nie macie zamiaru/ czasu/ możliwości/ ochoty wdrażać u siebie wieloetapowej pielęgnacji, i tak możecie się sporo z tej książki dowiedzieć. Choćby o składach i zwłaszcza, jeśli dopiero rozpoczynacie research na tym polu. Dlatego polecam to zgrabne tomisko czułym objęciom Waszych biblioteczek. 

POPULARNE POSTY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You cannot copy content of this page
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.