Pomysł na stworzenie tego profilu urodowego brutalnie ściągnęłam z bloga kosmetycznyfronesis. Miejsca, do którego notabene bardzo serdecznie Was zapraszam. Znajdziecie tam masę przydatnych recenzji, bo Aga pisze nie od dziś.

Uważam, że profil urodowy to pomysł genialny i wiele ułatwi tym z Was, które chciałyby skorzystać z moich poleceń. Działa to moim zdaniem w dwie strony. Jeśli macie taką skórę czy włosy jak ja i takie upodobania jak ja, to pewnie produkty, które polecam, mają dużą szansę się u Was sprawdzić. Jeśli z kolei Wasz profil urodowy wygląda zupełnie inaczej niż mój, to… może polubicie to, co mnie rozczarowało czy zawiodło ?

Informacje tu zawarte są cały czas aktualne, bo jeśli coś się zmieni, będę to na bieżąco poprawiać i uzupełniać.

Mam cerę mieszaną – przetłuszczającą się strefę T i suche policzki. Kiedyś borykałam się z trądzikiem, potem miałam problemy hormonalne, które zmasakrowały mi twarz, ale dziś jestem całkiem zadowolona ze stanu swojej cery. Choć zawsze może być lepiej ;)

W kosmetykach do twarzy szukam przede wszystkim nawilżenia i rozświetlenia. Mam pohormonalne przebarwienia na skórze, więc wszystko, co ma działać rozjaśniająco od razu przykuwa moją uwagę. W kwestii nawilżenia trudno mnie zadowolić jednym produktem. Nie znalazłam jeszcze kremu do twarzy, który byłby dla mnie za ciężki! Najlepiej sprawdza się u mnie pielęgnacja wieloetapowa. Szyję i dekolt traktuję tymi sami kosmetykami, co twarz. Dlatego tak „szybko” je zużywam :P

Peelingi do twarzy preferuję enzymatyczne. Choć nie skreślam innych opcji, a jeśli je stosuje, to zamiennie z enzymami. Średnio robią peeling twarzy raz w tygodniu, ale nie jest to sztywna reguła. Obserwuję skórę i dostosowuje działania do jej wyglądu.

Podobnie jest z maseczkami – dobieram je do aktualnego stanu skóry. Czasem robię nawet codziennie, bo … uwielbiam robić maseczki! Zwykle nie traktuje ich jako spa czy doraźnej pomocy od święta, tylko wykonuję regularnie. Z maseczką sprzątam, ogarniam mieszkanie czy siedzę przez komputerem. Moje ulubione to samodzielnie rozrabianie glinki i maseczki w płacie.

Pielęgnacja okolic oczu to mój mały konik. Lubię mieć osobny krem pod oczy a i nawet nierzadko serum. Maseczki pod oczy także wchodzą w rachubę.  Borykam się z zasinieniami pod oczami, ale raczej niewiele z nimi zrobię, bo po prostu taka już u mnie genetyczna uroda. Generalnie sądzę, że teraz, gdy o nią dbam, moja skóra pod oczami wygląda lepiej niż 10 lat temu.

A żeby ta cała pielęgnacja miała w ogóle sens, zaczynam od delikatnego oczyszczania. Zwracam bardzo dużą uwagę na to, jakie detergenty znajdują się w produktach myjących. Demakijaż robię olejkami, lubię i te z emulgatorem i te bez. Aha, i kocham Konjacki! Gadżeciarą nie jestem, ale te gąbeczki całkowicie skradły moje serce.

Dbam o ciało w równym stopniu, co o twarz. Do mycia lubię stosować i mydła w kostce i żele, w zależności od nastroju. Nigdy równocześnie, rzecz jasna :D Przy żelach do ciała, podobnie jak przy produktach myjących do twarzy i włosów, zwracam uwagę na detergenty i unikam tych agresywnych.

Regularnie, 1-2 razy w tygodniu wykonuję też peelingi. Gotowe albo robione samodzielnie. Choć trudno nazwać robotą wymieszanie cukru i/lub fusów kawowych z paroma olejami i olejkami ;P Jestem fanką peelingów mocno zdzierających i zostawiających porządną, natłuszczającą warstewkę.

Balsamuje się po każdym kontakcie skóry z wodą. Lubię różne formuły – zimą tłustsze i cięższe, latem – lżejsze, ale raczej nigdy bardzo lekkie. Jeśli mam czas, uwielbiam poświęcić dłuższą chwilę na masaż ciała. Wtedy wybieram masła czy musy, rzadziej olejki. Nie za bardzo wierzę natomiast  w produkty wyszczuplające i antycellulitowe. Moim zdaniem dieta, ćwiczenia, nawilżanie, a przede wszystkim właśnie regularne peelingowanie ciała przynoszą najlepsze efekty.

Dłonie i stopy traktuję jako odrębne elementy ciała. Stopy to trochę prostsza sprawa, ale również lubią być zaopiekowane. Nie sprawdza mi się wcieranie w stopy balsamu, którego używam do ciała. Głównie z powodu logistycznego – balsamuję się w łazience i zwykle potem kręcę się jeszcze po domu, a stopy smaruję tuż przed położeniem się spać. Lubię mieć do tego celu osobny produkt. I absolutnie nie akceptuję jakiegokolwiek uczucia kremowości na stopach. Brr!

Dłonie to moja odwieczna zmora. A właściwie pękające do krwi kostki. Dzieje mi się to zimą nagminnie, zwłaszcza jeśli chociaż na sekundę wyjmę dłoń z rękawiczki przy minusowej temperaturze. Dlatego dłoniom poświęcam sporo uwagi. Niezastąpioną pomocą są bawełniane rękawiczki na noc.

Płynów do higieny intymnej nie używam. Na co dzień nie noszę wkładek higienicznych, a podpaski stosuję tylko w czasie miesiączki i najkrócej, jak się da. Zwracam uwagę, by podpaski, które wybieram, były niebielone chlorem i wykonane z ekologicznych, certyfikowanych materiałów.

Mam włosy niskoporowate i przetłuszczającą się skórę głowy. Moje włosy z natury są zdrowe, bardzo gładkie i lśniące, ale jednocześnie cienkie i delikatne, skłonne do puszenia się przy końcach. Bardzo łatwo je obciążyć, sprawić, by były płaskie, przyklapnięte  i wyglądały na przetłuszczone, choć są świeżo po myciu.

Dlatego lubię produkty lekkie i dające objętość. Ale potrzebuje także wsparcia przy rozczesywaniu, bo moje włosy mają skłonność do plątania się. Z tego powodu zbyt lekkie formuły również się u mnie nie sprawdzają. Nie lubię także działania wygładzającego. I tak trudno mi związać włosy i większość gumek po prostu szybko mi się ześlizguje, więc produktów wygładzających unikam. Nie potrzebuję również dodatkowego blasku. Mam go zresztą sporo i rzadko też udaje mi się zauważyć, żeby kosmetyk coś szczególnego w tym zakresie robił. Generalnie, chętnie zamienię trochę gładkości i blasku na ładną objętość. Dlatego tak lubię glinki  – w postaci gotowych produktów np. szamponów czy jako samodzielnie stosowane dodatki.

Co tydzień, półtora wykonuję peeling skóry głowy. To zbawienny zabieg, który fenomenalnie odświeża i oczyszcza skórę, a przy tym podnosi włosy u nasady i nadaje im objętość. Kiedyś robiłam takie peelingi sama przez dodanie cukru lub glinki do szamponu. Teraz mam swój ukochany peeling do skóry głowy z Vianka i używam jedno opakowanie za drugim. No, z małymi przerwami na testowanie jakiś nowości.

Raz w tygodniu staram się także wykonać olejowanie. Na suche włosy aplikuję najpierw jakiś humektant – zwykle żel aloesowy, a następnie olej lub olejek. Niezmiennie najlepiej sprawdza mi się olej lniany. Z kolei olej kokosowy, teoretycznie wskazany przy włosach niskoporowatych, to największa porażka olejowa w moim życiu. Unikam jak ognia!

Zimą, gdy zaczynam nosić czapki, a właściwie już wczesną jesienią, gdy zaczynam owijać się wielkimi szalami, obserwuję wzmożone wypadanie włosów. Sięgam wtedy po wcierki.

Naturalny makijaż to wciąż moja pięta Achillesowa. Przetestowałam już parę rzeczy i większość, niestety, nie spisała się u mnie na tyle dobrze, bym chciała stosować je na dłuższą metę. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek zdecydowała się na naturalny tusz do rzęs, ale za to już od pewnego czasu sukcesywnie wymieniam drogeryjne produkty do ust na te naturalne. Jak już gdzieś pisałam – skoro przeciętna kobieta zjada 3 kg szminki rocznie, to ja wolę odżywiać się roślinnie.

Na co dzień lubię makijaż delikatny. Jeszcze parę miesięcy temu napisałabym, że o matowym wykończeniu, ale ostatnio nabieram sympatii do rozświetlania cery. Mimo to z pewnością nie należę do srok i trudno mnie skusić błyskotkami. Z tego też powodu mam dość skromną ilość kosmetyków do makijażu. Z reguły po jednym produkcie z każdej kategorii plus kilka szminek i ze dwie paletki z cieniami do oczu.

Chyba, że akurat coś testuję.  Ale wtedy, jeśli już wyrobię sobie zdanie o produkcie, co przy kolorówce ma miejsce dość szybko, i okazuje się, że to coś nie dla mnie, od razu puszczam kosmetyk dalej w świat. Trudno wykończyć produkty do makijażu, a szkoda życia na te, których nie lubimy, prawda? Ja poza niefajnymi kosmetykami bardzo nie lubię też marnowania, więc zawsze zależy mi, by kosmetyk, który u mnie się nie sprawdził, trafił w czułe ręce kogoś, kto może go polubić.

Mam cerę mieszaną – przetłuszczającą się strefę T i suche policzki. Kiedyś borykałam się z trądzikiem, potem miałam problemy hormonalne, które zmasakrowały mi twarz, ale dziś jestem całkiem zadowolona ze stanu swojej cery. Choć zawsze może być lepiej ;)

W kosmetykach do twarzy szukam przede wszystkim nawilżenia i rozświetlenia. Mam pohormonalne przebarwienia na skórze, więc wszystko, co ma działać rozjaśniająco od razu przykuwa moją uwagę. W kwestii nawilżenia trudno mnie zadowolić jednym produktem. Nie znalazłam jeszcze kremu do twarzy, który byłby dla mnie za ciężki! Najlepiej sprawdza się u mnie pielęgnacja wieloetapowa. Szyję i dekolt traktuję tymi sami kosmetykami, co twarz. Dlatego tak „szybko” je zużywam :P

Peelingi do twarzy preferuję enzymatyczne. Choć nie skreślam innych opcji, a jeśli je stosuje, to zamiennie z enzymami. Średnio robią peeling twarzy raz w tygodniu, ale nie jest to sztywna reguła. Obserwuję skórę i dostosowuje działania do jej wyglądu.

Podobnie jest z maseczkami – dobieram je do aktualnego stanu skóry. Czasem robię nawet codziennie, bo … uwielbiam robić maseczki! Zwykle nie traktuje ich jako spa czy doraźnej pomocy od święta, tylko wykonuję regularnie. Z maseczką sprzątam, ogarniam mieszkanie czy siedzę przez komputerem. Moje ulubione to samodzielnie rozrabianie glinki i maseczki w płacie.

Pielęgnacja okolic oczu to mój mały konik. Lubię mieć osobny krem pod oczy a i nawet nierzadko serum. Maseczki pod oczy także wchodzą w rachubę.  Borykam się z zasinieniami pod oczami, ale raczej niewiele z nimi zrobię, bo po prostu taka już u mnie genetyczna uroda. Generalnie sądzę, że teraz, gdy o nią dbam, moja skóra pod oczami wygląda lepiej niż 10 lat temu.

A żeby ta cała pielęgnacja miała w ogóle sens, zaczynam od delikatnego oczyszczania. Zwracam bardzo dużą uwagę na to, jakie detergenty znajdują się w produktach myjących. Demakijaż robię olejkami, lubię i te z emulgatorem i te bez. Aha, i kocham Konjacki! Gadżeciarą nie jestem, ale te gąbeczki całkowicie skradły moje serce.

Dbam o ciało w równym stopniu, co o twarz. Do mycia lubię stosować i mydła w kostce i żele, w zależności od nastroju. Nigdy równocześnie, rzecz jasna :D Przy żelach do ciała, podobnie jak przy produktach myjących do twarzy i włosów, zwracam uwagę na detergenty i unikam tych agresywnych.

Regularnie, 1-2 razy w tygodniu wykonuję też peelingi. Gotowe albo robione samodzielnie. Choć trudno nazwać robotą wymieszanie cukru i/lub fusów kawowych z paroma olejami i olejkami ;P Jestem fanką peelingów mocno zdzierających i zostawiających porządną, natłuszczającą warstewkę.

Balsamuje się po każdym kontakcie skóry z wodą. Lubię różne formuły – zimą tłustsze i cięższe, latem – lżejsze, ale raczej nigdy bardzo lekkie. Jeśli mam czas, uwielbiam poświęcić dłuższą chwilę na masaż ciała. Wtedy wybieram masła czy musy, rzadziej olejki. Nie za bardzo wierzę natomiast  w produkty wyszczuplające i antycellulitowe. Moim zdaniem dieta, ćwiczenia, nawilżanie, a przede wszystkim właśnie regularne peelingowanie ciała przynoszą najlepsze efekty.

Dłonie i stopy traktuję jako odrębne elementy ciała. Stopy to trochę prostsza sprawa, ale również lubią być zaopiekowane. Nie sprawdza mi się wcieranie w stopy balsamu, którego używam do ciała. Głównie z powodu logistycznego – balsamuję się w łazience i zwykle potem kręcę się jeszcze po domu, a stopy smaruję tuż przed położeniem się spać. Lubię mieć do tego celu osobny produkt. I absolutnie nie akceptuję jakiegokolwiek uczucia kremowości na stopach. Brr!

Dłonie to moja odwieczna zmora. A właściwie pękające do krwi kostki. Dzieje mi się to zimą nagminnie, zwłaszcza jeśli chociaż na sekundę wyjmę dłoń z rękawiczki przy minusowej temperaturze. Dlatego dłoniom poświęcam sporo uwagi. Niezastąpioną pomocą są bawełniane rękawiczki na noc.

Płynów do higieny intymnej nie używam. Na co dzień nie noszę wkładek higienicznych, a podpaski stosuję tylko w czasie miesiączki i najkrócej, jak się da. Zwracam uwagę, by podpaski, które wybieram, były niebielone chlorem i wykonane z ekologicznych, certyfikowanych materiałów.

Mam włosy niskoporowate i przetłuszczającą się skórę głowy. Moje włosy z natury są zdrowe, bardzo gładkie i lśniące, ale jednocześnie cienkie i delikatne, skłonne do puszenia się przy końcach. Bardzo łatwo je obciążyć, sprawić, by były płaskie, przyklapnięte  i wyglądały na przetłuszczone, choć są świeżo po myciu.

Dlatego lubię produkty lekkie i dające objętość. Ale potrzebuje także wsparcia przy rozczesywaniu, bo moje włosy mają skłonność do plątania się. Z tego powodu zbyt lekkie formuły również się u mnie nie sprawdzają. Nie lubię także działania wygładzającego. I tak trudno mi związać włosy i większość gumek po prostu szybko mi się ześlizguje, więc produktów wygładzających unikam. Nie potrzebuję również dodatkowego blasku. Mam go zresztą sporo i rzadko też udaje mi się zauważyć, żeby kosmetyk coś szczególnego w tym zakresie robił. Generalnie, chętnie zamienię trochę gładkości i blasku na ładną objętość. Dlatego tak lubię glinki  – w postaci gotowych produktów np. szamponów czy jako samodzielnie stosowane dodatki.

Co tydzień, półtora wykonuję peeling skóry głowy. To zbawienny zabieg, który fenomenalnie odświeża i oczyszcza skórę, a przy tym podnosi włosy u nasady i nadaje im objętość. Kiedyś robiłam takie peelingi sama przez dodanie cukru lub glinki do szamponu. Teraz mam swój ukochany peeling do skóry głowy z Vianka i używam jedno opakowanie za drugim. No, z małymi przerwami na testowanie jakiś nowości.

Raz w tygodniu staram się także wykonać olejowanie. Na suche włosy aplikuję najpierw jakiś humektant – zwykle żel aloesowy, a następnie olej lub olejek. Niezmiennie najlepiej sprawdza mi się olej lniany. Z kolei olej kokosowy, teoretycznie wskazany przy włosach niskoporowatych, to największa porażka olejowa w moim życiu. Unikam jak ognia!

Zimą, gdy zaczynam nosić czapki, a właściwie już wczesną jesienią, gdy zaczynam owijać się wielkimi szalami, obserwuję wzmożone wypadanie włosów. Sięgam wtedy po wcierki.

Naturalny makijaż to wciąż moja pięta Achillesowa. Przetestowałam już parę rzeczy i większość, niestety, nie spisała się u mnie na tyle dobrze, bym chciała stosować je na dłuższą metę. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek zdecydowała się na naturalny tusz do rzęs, ale za to już od pewnego czasu sukcesywnie wymieniam drogeryjne produkty do ust na te naturalne. Jak już gdzieś pisałam – skoro przeciętna kobieta zjada 3 kg szminki rocznie, to ja wolę odżywiać się roślinnie.

Na co dzień lubię makijaż delikatny. Jeszcze parę miesięcy temu napisałabym, że o matowym wykończeniu, ale ostatnio nabieram sympatii do rozświetlania cery. Mimo to z pewnością nie należę do srok i trudno mnie skusić błyskotkami. Z tego też powodu mam dość skromną ilość kosmetyków do makijażu. Z reguły po jednym produkcie z każdej kategorii plus kilka szminek i ze dwie paletki z cieniami do oczu.

Chyba, że akurat coś testuję.  Ale wtedy, jeśli już wyrobię sobie zdanie o produkcie, co przy kolorówce ma miejsce dość szybko, i okazuje się, że to coś nie dla mnie, od razu puszczam kosmetyk dalej w świat. Trudno wykończyć produkty do makijażu, a szkoda życia na te, których nie lubimy, prawda? Ja poza niefajnymi kosmetykami bardzo nie lubię też marnowania, więc zawsze zależy mi, by kosmetyk, który u mnie się nie sprawdził, trafił w czułe ręce kogoś, kto może go polubić.

POPULARNE POSTY

You cannot copy content of this page
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.