You cannot copy content of this page

Ulubieńcy grudnia

Ostatni już miesięczni ulubieńcy 2019 roku. Przyjrzymy się im bliżej, szczególnie, że mamy tu jedną rekordowo tanią perełkę i kilku kandydatów na ulubieńców roku, którzy pojawią już wkrótce. 

Eolab, Keratynowy szampon z acai

Kolejny szampon Eolab w moich ulubieńcach i to jeszcze lepszy niż poprzedni! Wcześniej bardzo polubiłam wersje ultra volume z ylang- ylang i kiedy zachwycałam się nią i ekscytowałam się objętością, jaką dawała mi na włosach, Agnieszka napieknewlosy.pl poleciła mi tę właśnie z acai, która ze względu na wysoką zawartość keratyny też miała zapewniać ładne odbicie u nasady. A mnie nie trzeba dwa razy namawiać. Wzięłam i kupiłam! Agnieszka miała racje w całej rozciągłości. Jestem zachwycona tym szamponem i zużyłam już dwie butelki z rzędu.
Wszystko jest tu idyllicznie wręcz idealnie – dobrze oczyszczona skóra głowy i lekkie włosy, fajnie odbite od nasady. Żelowa konsystencja po raz kolejny przy szamponie Eolab jest akuratna. W porządku opakowanie, żadnych problemów z aplikacją. I naprawdę ujmujący jagodowy zapach. Nieprzesadzony, w sam raz by umilić mycie.
A to, w czym acai okazał się u mnie lepszy niż ylang-ylang, to pozytywny wpływ na przedłużenie świeżości włosów. W ogóle jak sięgam pamięcią, to żaden dotąd szampon takiej świeżości mi nie zapewniał, szczególnie w tak trudnym dla włosów, czapkowym, okresie, jaki jest teraz. 

4szpaki, Mydło z olejkiem pomarańczowym i rozmarynem

Ta kostka jest taka niepozorna – niby zwykła, prosta, z prostym tłoczeniem z nazwą marki. Ale ten intensywnie słonecznie pozytywny kolor i rozmarynowa dekoracja bardzo mnie chwyciły za serce. Aromatyczny, suszony rozmaryn ściele się gęsto na szczycie. Pięknie to wygląda na żywo, tak energetycznie. I pięknie też pachnie, rozmarynem właśnie. Roznosi się ta woń w czasie kąpieli. Delikatną pomarańczę czuć tylko jak bardzo przybliży się nos do mydełka.

Rozmaryn dobrze trzyma się kostki. Nie jest to tylko, że tak powiem posypka, która odpada i dobranoc. Przez 3/4 kostki susz utrzymywał się na kostce, oczywiście, osypując się stopniowo, ale stopniowo to kluczowe tu słowo. Duży plus, że zapach nie stracił na intensywności wraz z ubytkiem suszu. Natomiast w okolicach 3/4 kostki kolor zaczął nieco tracić na intensywności. Formę kostka zachowała do końca, bez kruszenia się, bez łamania. Podobało mi się w niej to, że miała łagodne krawędzie i dawała fajnie miękką pianę. Nie dawała jej dużo, ale ja dużo nie potrzebuję.

Potrzebuje za to czyściutkiego, niewysuszonego, mięciutkiego ciałka, a 4szpaki w osobie tej tu pomarańczy z rozmarynem mi to zapewniają. Więc bardzo polecam. To już drugie, obok Misia, mydło tej marki, które zostaje moim ulubieńcem.

Fitokosmetik, Żel do mycia twarzy C+ Citrus

Rekordowo tani preparat myjący w mojej kosmetycznej historii – dorwany za ok. 13 zł/ 240 ml. Jest to żel z witaminą C i tym właśnie przykuł moją uwagę. Poza nią w składzie jest sporo różnych innych fajnych rzeczy. M.in.: ekstrakty np. ze słodkiej pomarańczy, mangostanu, zielonej herbaty, różeńca górskiego, jagód acai, flaszowca peruwiańskiego, a także papaina, koenzym Q10 czy kwasy AHA.

Jeśli chodzi o detergenty – mamy tu trio: Sodium Cocoamphoacetate, Cocamidopropyl Betaine i Decyl Glucoside. Trochę się obawiałam kokamidopropylobetainy, ale, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie. W tej kompozycji detergenty te spisały się na mojej buzi bardzo dobrze. Bez uczucia ściągnięcia, bez wysuszania, z efektywnym, a przy tym łagodnym myciem. Skóra po myciu, poza tym, że jest oczyszczona, jest też fajnie odświeżona, promienna, taka jasna, o stonowanym kolorycie. Uspokojona, tak bym to ujęła. Nie mam tu jednak na myśli działania rozjaśniającego, bo takiego nie zauważyłam.
Żel pachnie dla mnie słodką pomarańczą. Zapach jest cytrusowy i słodkawy, nie z tych orzeźwiających, ale nie jest też jakiś mdląco słodki czy w ogóle silny. Delikatny i oryginalny. Konsytencję produkt ma żelową, ani nie jest zbyt rzadki ani specjalnie gęsty. Wygodny w użyciu, dobrze się łączy z wodą, pieni się przeciętnie, jak wiele innych, naturalnych żeli, czyli dość skromnie.
Można mieć zastrzeżenia co do jakości opakowania, ale czy w tej cenie wypada mieć zastrzeżenia? Pompka działa ok, choć plastik taki szajsowaty, bo w górnej części pękł przy połowie zużycia.  No ale pompka zasysała dalej do końca, więc w sumie spełniła swoją rolę. I w sumie jestem z tego żelu bardzo zadowolona i bardzo polecam.

Tulua, Krem odżywczy z efektem wow!

Wahałam się, czy powinien się tu znaleźć, bo nie wiem, jaki jest mój stosunek do lepkiej warstwy, którą zostawia na buzi. Ale znalazł się tu, bo ujęła mnie konsystencja i wygląd mojej cery po nocnej aplikacji. 
Krem ma arcyświetną konsystencję dobrze napowietrzonej pianki. Najbardziej przypomina mi ubite białka, choć to porównanie nie jest może zbyt smakowite. Za to biały kolor kremu też do tego porównania dobrze pasuje. Pianka z jednej strony trzyma się dobrze, jest sztywna i nie opada. Z drugiej –  jest wystarczająco luźna, by zachować lekkość i puszystość i być miękką w dotyku.

Jednak moim zdaniem ta konsystencja nie sprawia, że krem jest lekki. Ja wyraźnie czuję po aplikacji pewną lepkość na skórze. Przez te 15ml minisa nie zdecydowałam jeszcze, czy mi to przeszkadza czy nie. Używałam kremu na noc i bardzo podobała mi się moja cera rano. Była wyraźnie dokarmiona i bardzo gładka.

To z pewnością zasługa składu, który jest imponujący. I długością i zawartością. Czego tam nie ma! Marka chwali się, że krem zawiera aż 48 aktywnych (!) składników. Aloes, mocznik, peptydy, nierafinowane oleje, certyfikowane ekstrakty, proteiny, kolagen, elastyna, witaminy… Jest co czytać, jest co podziwiać.

Zapach – tu się specjalnie nie zachwycam, jest cytrusowo ok, delikatnie ok, ale zapach jest nieco przełamany czymś gorzko-pikantnym, co w mój gust akurat trafia średnio.

Vianek, Intensywnie regenerująca kuracja do rąk

Mój trzeci ulubiony krem do rąk. Kupuje się go w zestawie z bawełnianymi rękawiczkami, co ma duży sens przy produkcie nazwanym kuracją. Rękawiczki zresztą, bez względu na krem, mają według mnie duży sens i założone na noc podbijają znacznie działanie nałożonych preparatów. Polecam spróbować. Ale koniecznie bawełniane. Te są dość trudne do zdobycia, od kiedy dostępne w Rossmannie BeBeauty zawierają poliester. Tym bardziej miło, że za ok.20zł (a bywa i taniej) Vianek daje świetny produkt i fajne rękawiczki. Nie za cienkie, nie za grube, może mogłyby być nieco dłuższe, ale nie spadają w nocy, więc ok.

Sam krem producent zaleca stosować jako maskę pod rękawiczki na min. 30 min lub całą noc. Pierwszej wersji nie próbowałam, druga sprawdza mi się rewelacyjnie. A musicie wiedzieć, że od zawsze mam problemy z dłońmi, zawsze robiłam wieloskładnikowe mazidła noc i kiedy nagle jakiś jeden produkt w pojedynkę daje sobie radę, to mój zachwyt sięga zenitu.

Nakładam krem bardzo grubą warstwą, a rano suche miejsca są zregenerowane i zagojone, skóra napita i naćpana, mięciusieńka i gładka. Efekt utrzymuje się, jeśli ponownie nie narażę w dzień dłoni na zimne powietrze. Vianek radzi sobie z suchością i zaczerwienieniami kostek, jedynie takiej już popękanej skóry nie jest w stanie w pełni wyprowadzić na prostą. Poprawia sprawę, ale nie ulecza całkowicie. Kuracja sprawdza mi się też jako krem na dzień, bardzo cienką warstwą. Działa natychmiastowo i przynosi ulgę. Do jej zalet zaliczam też miły zapach, który znajduje porzeczkowym.

To, obok enzymatycznego żelu do mycia twarzy, peelingu do skóry głowy i kremu BB mój kolejny mocny hit naszego swojskiego Vianka.

Anwen, Maska do włosów kokos z glinką

Z cyklu: powroty. Niegdyś bardzo lubiłam tę maskę. W kwietniu 2018 wrzuciłam na mój Instagram posta o niej i o olejku Anwen. Olejek nie przypadł mi wtedy do gustu, a o masce napisałam tak: „Naprawdę się polubiliśmy. Włosy po jej zastosowaniu są nawilżone, miękkie i sprężyste. Maska nie obciąża, a wręcz daje ładne odbicie od nasady. Produkt jest na bazie glinki kaolin. Również zawiera olej kokosowy i olej babassu, a także m. in.: glicerynę, pantenol, cysteinę, argininę czy kwas hialuronowy. Skład generalnie mi się podoba z wyjątkiem fenoksyetanolu, którego zwolenniczką nie jestem i staram się unikać. Ale robię wyjątki i to jest jeden z nich. Maska, podobnie jak olej, jest bardzo wydajna. Polecam tę maskę!”

Co mam do powiedzenia po prawie dwóch latach? W sumie zgadzam się z każdym słowem. Zmieniło się opakowanie i to, moim zdaniem, zmiana na plus. Ponadto dodałbym, że ten efekt nawilżenia nie jest jakiś mocny. Teraz na co dzień jako odżywki używam maski drożdżowej Babuszki Agafii i, kiedy nałożę raz na jakiś czas tę z Anwen, to nie ma jakiegoś wow szoku i poszukiwania rozsypanych z wrażenia fragmentów szczęki. Aczkolwiek widzę i czuje, że maskę zastosowałam, wiodącym efektem jest jednak u mnie to odbicie od nasady. Gdybym miała kryzys włosy i potrzebowała super nawilżenia, raczej wybrałabym Bemę niż Anwen.

No i właśnie w międzyczasie poznałam fenomenalną maskę z Bemy, która zrewidowała moje poglądy na maski do włosów i przez to Anwen spadła w moim małym rankingu. Ale nadal jest w czołówce i myślę, że jeszcze kiedyś do niej wrócę, gdyż nadal sięgałam po nią z przyjemnością.

POPULARNE POSTY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.