Ulubieńcy lipca i sierpnia

Ulubieńcy lipca i sierpnia, czyli tacy jakby wakacyjni, ale na pewno nie pozostaną wyłącznie wakacyjnym romansem. Zawarłam tu bowiem znajomości z perspektywą zaślubin. Mam tu na myśli przede wszystkim krem z filtrem Manaslu Outdoor, na rzecz którego porzucę używaną dotąd tubka za tubką Madarę, oraz rozświetlacz, który, jak wskazują moje statystki tempa denkowania kolorówki, będzie ze mną latami. 

 

Lansinoh Earth Friendly Baby, Balsam do ciała organiczna lawenda

Ten balsam to był powrót do dawnego ulubieńca. Kiedyś wpadł w moje łapki z powodu obietnicy bycia lawendowym. Pisałam wtedy o nim mniej więcej w ten deseń: „Ten balsam bardzo mnie chwycił za serce. Lawendowy zapach działa uspokajająco i pozwala wyciszyć umysł przed pójściem spać. Konsystencja jest kremowa, treściwa i produkt jest bardzo wydajny. Dobrze się rozprowadza. Po aplikacji czuć, że skóra jest nawilżona i mięciutka”.

Dziś również balsam bezsprzecznie pozostaje w kręgu moich ulubieńców, ale mam więcej spostrzeżeń co do jego właściwości. Nie powiedziałabym, że dobrze się rozprowadza. Uważam, że niezbyt płynnie, bo zostawia smugi, którym trzeba poświecić chwilę. Produkt nazywa się mleczkiem, ale jego konsystencja z mleczkiem nie ma wiele wspólnego, jest dużo gęstsza. Tu się już moja opinia dziś pokrywa z dawnymi spostrzeżeniami – balsam jest kremowy, treściwy i wydajny. Dobrze się wchłania i bardzo fajnie działa na skórę. No i pięknie pachnie lawendą, delikatnie i świeżo, w kremowym, lekko słodkawym stylu. Polecam, jeśli jesteście lawendowymi maniakami i/lub szukacie czegoś, co Wam nie zatłuści wszechświata.

 

Majru, Hydrolat z kwiatów jaśminu 

Z tym hydrolatem miałam love-hate relationship. Były dni, w które jego mocno zdefiniowany zapach doprowadzał mnie na skraj szaleństwa i były dni, w które nie mogłam się od niego oderwać. Te drugie jednak przeważały. Szczególnie, że jaśmin doskonale działa na skórę i umysł. Zaskakująco dobrze nawilża i zmiękcza skórę, uspokaja i wycisza umysł. Rzadko notuje przy hydrolatach działanie nawilżające, tu było ono dla mnie wyraźnie odczuwalne. Jestem zachwycona! 
 

Alkemie, Hands up, Baby! rekonstruujący krem do rąk

Lubię ten krem, ale nie jest to artyleria do zadań specjalnych. Patrząc na niego z chłodnym dystansem muszę stwierdzić, że to krem o bardzo delikatnych właściwościach zarówno nawilżających jak i odżywczych. Ale lubię go, bo pięknie pachnie, szybko się wchłania i ma przyciągające wzrok opakowanie. Lubię go, bo jest po prostu bardzo przyjemny w użytkowaniu. Lubię po niego sięgać w ciągu dnia, robię to często i ochoczo, a to jest z korzyścią dla moich dłoni. Jeśli reaplikuje go regularnie i nie narażam dłoni na żadne ekstremalne przeżycia, krem zapewnia mi w ciągu dnia komfort między myciami. Nawet nie wykluczam powrotu do niego.
 

Miodowa Mydlarnia, Maseczka miód i truskawki

Sezon truskawkowy, więc dotruskawkowywuje się wewnętrznie i zewnętrznie. Miód i Truskawki to, jak wszystkie maseczki Miodowej Mydlarni, opcja sypka do samodzielnego rozrobienia. Czerwona glinka, pyłek pszczeli, kozie mleko oraz, oczywiście, miód i truskawki. Najbardziej lubiłam robić ją z olejem z nasion truskawki z Ajeden. Hydrolat truskawkowy byłyby tu jak znalazł, ale niestety akurat nie dysponowałam, więc w zastępstwie leciało, co było hydrolatowe pod ręką. No i odrobinka mojego ulubionego żelu hialuronowego NaturPlanet. W takiej konfiguracji maska z glinką mi wolniej przysycha i nie zasycha całkowicie ( daje sporo oleju), więc zmniejszam ryzyko, że przegapię moment zmycia ( zdarza mi się, bo nie leżę z maseczką, tylko coś robię w międzyczasie i czasem się za bardzo w to robienie wkręcam). Czasem mieszałam maskę z jogurtem i olejem, wtedy bez hydrolatu i kwasu. 
Moja przygoda z maseczkami Mydlarni trwa już dość długo. Zdążyłam w tym czasie ukochać sobie Green Power oraz Miód i Kurkumę i przejść bez szczególnego zachwytu nad Lnem z Chią. Wersji truskawkowej używało mi się fantastycznie i zarówno ja jak i moja skóra byłyśmy zadowolone. Mnie rozbrajał zapach dżemu truskawkowego, moja skóra była wypoczęta i zrelaksowana, odżywiona i ożywiona. Zauważałam wygładzenie drobnych zmarszczek i wyrównanie kolorytu. Na pewno wrócę!
 

Alteya Organics, Lavender Lip Balm

Najlepsza!  Kolejna, po różanej wersji, pomadka Alteya w moich łapkach i kolejny sukces. Lawenda utwierdziła mnie w przekonaniu, że Alteya to najlepsze pomadki, jakie do tej pory poznałam. Zachwyca mnie ich masełkowatość, to nie są kolejne olejowe maziaki z efektem błyszczyku, które w gruncie rzeczy tylko odżywiają. Tu jest również nawilżenie na wysokim poziomie. Usta są mięciutkie i wypielęgnowane. Róża pachniała różą, lawenda pachnie lawendą z delikatnym miętowym akcentem. Dla mnie oba zapachy są cudne. Lawenda dodatkowo lekko mrowi/ chłodzi, lekko, naprawdę delikatnie. Jest to przyjemny efekt nawet dla osoby antymiętowej, jak ja.
 
 

Manaslu Outdoor, Miejski krem ochronny SPF30

Czuję w sobie rodzaj nieśmiałego zachwytu nad tym kremem. Może w końcu dzięki niemu zacznę sięgać po filtry z radością, z jaką sięgam po inne kosmetyki. Bo filtrowym ideałem to nie jestem, od razu mówię. Choć doskonale zdaje sobie sprawę z faktów i z tego, ze filtry to najlepsze prewencyjne działanie, jakie mogę zaofiarować mojej skórze, moja praktyka z tą teorią niejednokrotnie się rozmija.
Miejski krem ochronny Manaslu bazuje na filtrach chemicznych, wiec z automatu będzie to formuła lżejsza niż filtry fizyczne, których zwykle używam. Jest to krem niebarwiony. Na opakowaniu jest napisane, że ujednolica koloryt – z tym się nie mogę zgodzić, nie zauważyłam żadnego tego rodzaju wpływu. Natomiast nie bieli ani trochę, zero ghost efect. Bardzo dobrze się rozprowadza. Jeśli nałożę taką ilość, jak powinnam ( pisze jesli, bo szczerze mówiąc, rzadko nakładam aż tyle, mea culpa), świece się owszem, ale nie wyglada to niezdrowo. Delikatne dociśnięcie chusteczki w samej strefie T naprawia sytuacje. Filtr sprawdza mi się pod makijaż bardzo dobrze, nie obniża jego trwałości. Zaskoczył mnie też mile efektem pielęgnacyjnym, jaki daje. Na tyle dobrze dba o moją skórę, że obecnie nie mam potrzeby aplikowania pod niego kremu ( ad.1: zwykle miewam; ad.2: obecnie, bo istotną rolę gra tu pogoda; ad.3: nie używam filtra codziennie). 

Wady? No zapach, dla mnie intensywny, a zarazem taki jakby mdły. Ale – co jest najważniejsze przy filtrach – nie zapchał mnie ( a miałam ostatnio takie nieprzyjemności z innym) i nie mam uczucia, że skóra mi się pod nim poci i że zdrapię całą swoją cielesną powłokę, jak tylko dopadnę wodę i myjadło. 

 

A. Florence, Fluid antysmogowy z witaminą C

Przyznam, że jestem w szoku i chyba po raz pierwszy mam kosmetyk, który sam jeden zaspokaja wszystkie potrzeby mojej skóry. Moja pielęgnacja wieczorna od wielu już lat jest wieloetapowa, bo tak lubię ja i moja skóra. Nie zdarzały mi się ( do tej pory! ) sytuacje, że czegoś jest za dużo. W wypadku tego serum absolutnie nie ma mowy o żadnej wieloetapowości. Serum sprawdza mi się wyłącznie nałożone solo, na czystą i zhydrolatyzowaną twarz. Jakiekolwiek próby łączenia tego produktu z czymkolwiek innym kończą się widocznym przedawkowaniem. Teoretycznie można łączyć serum warstwowo z różnymi konsystencjami, choć przy kremowych warto odczekać 2-3 minutki, ale w moim wypadku jest to bezcelowe, a wręcz szkodliwe.

Czy to źle? Powiem tak: z początku z niedowierzaniem badałam skórę z nadzieją (!) doszukania się luki w tej całej sytuacji, bo lubię po prostu ten mój wieczorny rytuał wklepywania warstewek i brakowało mi go i czułam się jakoś nieswojo. Ale ponieważ mojej skórze nie brakowało niczego, to pozostało mi się dostosować, bo ona tu rządzi, jam jedynie sługa niegodny. A sytuacja jest właściwie win-win z oszczędnością czasu, pieniędzy i miejsca w kosmetyczce. Mogłabym z tym jednym serum udać się w podróż dookoła świata.

Rys techniczny: mamy tu żółte mleczko o średniej gęstości. Kolor, który widzicie, to kolor produktu, opakowanie jest z przeźroczystego szkła. Serum pachnie słodkawo, jest to woń surowców, ponieważ produkt jest nieperfumowany. Lekko się rozprowadza, dobrze wchłania. Lawirowanie ilością pozwala regulować stopień okluzji, jaki chcemy sobie zapewnić. Mała ilość = serum „znika”, to dobra opcja na dzień. Większa ilość = serum zostawia lekko świecącą powłoczkę, to opcja nocna, którą ja preferowałam. 
 

Ministerstwo Dobrego Mydła, Mydło w kostce rozmaryn

Moje pierwsze spotkanie z mydłami Ministerstwa Dobrego Mydła zawdzięczam hojności Agi. MDM jest mi, oczywiście, doskonale znane ze słyszenia i widzenia, ale zbliżeń większych do tej pory między nami nie było. Zbliżenie z tą tu kostką na pewno zaspokoiło mnie całkowicie pod względem estetycznym. Kartonik cieszy designerskim i, że tak to określę, opakowaniowym minimalizmem. Kolor kostki to wprost lazur morza, który aż prowokuje do oddawania się marzeniom. Delikatna rozmarynowa posypka i romantyczny sznureczek sprawiły, ze kostka długo dyndała u mnie na haczyku jako ozdoba łazienki.

W końcu przyszła pora na Telesfora i od marzeń przeszliśmy do czynów. Sześcianu, choć piękny, używało mi się niewygodnie, wiec zignorowałam pomysł z wieszaniem kostki na sznureczku i przecięłam ją na pół. Od razu zrobiło się lepiej pod względem kształtu i wielkości. Pod względem właściwości myjących jestem bardzo zadowolona (mydeł w kostce używam tylko do ciała). Kostka jest początkowo twarda, ale kontakt z wodą zmiękcza ją w stopniu idealnym. Bardzo dobrze się spienia. I mam tu na myśli i ilość i jakość, piana jest obfita, a nawet bardzo, miękka i stabilna. Pod względem rozmarynowatości w sumie też jestem zadowolona, choć mniej. Tu o wiele lepiej wypada, według mnie, pomarańcza z rozmarynem 4szpaków. W MDM jest mniej posypki i szybciej ona odpada oraz zapach, choć również piękny, rozmarynowy, jest dużo delikatniejszy. Jednak ogólnie kostka mnie niewątpliwie zachęciła do pogłębiania rekonesansu wśród mydeł MDM. 
 

Purobio, Rozświetlacz 01 Champagne

Naturalna kolorówka to temat u mnie ciężki, ale wychodzę powoli z kręgu samych szminek i wypływam na dalsze wody. Do kupna tego rozświetlacza zbierałam się… no latami można by już rzec. Musiałam zdenkować ( ale tak do cna, nie, że na środku widać dno, po bokach masa kosmetyku, a już wyrzucam) mój poprzedni rozświetlacz. Bo uważam, ze jeden rozświetlacz mi w zupełności wystarczy i nie chce kumulować na tym polu zbędnych zapasów. Choć kusi też LillyLolo…

PuroBio jest po prostu piękny! Iście szampański! Jak na moje standardy rozświetlania na co dzień, wystarczy naprawdę odrobina, by uzyskać pożądany efekt. Jak mam ochotę przyćmić słońce, to lecę wilgotnym pędzlem i wtedy puszki w sklepach łypią zazdrośnie z półek. Niemniej, nie mam zastrzeżeń, kocham, uwielbiam.

POPULARNE POSTY

2 komentarze o “Ulubieńcy lipca i sierpnia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You cannot copy content of this page
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.