Ulubieńcy stycznia i lutego

Trochę monotematyczni ci styczniowo-lutowi ulubieńcy – po dwie maseczki i dwa musy do ciała. Ale mimo że z tych samych kategorii, to produkty zupełnie różne pod każdym względem. I jak to w ulubieńcach bywa – wszystkie one mocno złapały mnie za serce.

 

Ajeden, Hydrolat kawowy

Alert kryzysowy dla fanów kawy! Musicie to powąchać. Jasne, że nie zapach jest w kosmetyku najważniejszy, że liczy się działanie itp., ale… musicie to powąchać. To delikatny aromat kawy o poranku, świeżo zaparzone, jeszcze gorące, lekko posłodzone podwójne americano. Do tego zapach dość trwały, bo i sama długo go czułam i Mąż donosił mi wielokrotnie, że czuć ode mnie kawą.
A zapach, podobnie jak inne organoleptyczne walory kosmetyków, jest dla mnie ważny. Mam bowiem głębokie wewnętrzne przekonanie, że używanie kosmetyków przynosi dwojakie korzyści – pierwsze to korzyści widoczne i/lub wyczuwalne w postaci efektów na skórze. Drugie to korzyści, które nazwałabym psychicznymi – takie wewnętrzne odprężenie, radość z chwili dla siebie, poczucie, że zrobiło się coś fajnego dla swojej skóry czy ciała, że było miło wmasować sobie ten kremik czy nałożyć maseczkę.

Ja na moją wieczorną pielęgnację czekam i uwielbiam ten rytuał. A jeśli coś mi tę radość psuje z jakiejkolwiek przyczyny… to eliminuje niezwłocznie taki czynnik. A jeśli coś mi tę radość winduje, to… no cieszę się podwójnie czy tysiąckrotnie czy przez ile tam sobie pomnożycie.

Hydrolat kawowy był takim moim czynnikiem w tym mnożeniu. Obiektywnie nie mogę wskazać jakiś spektakularnych, namacalnych korzyści, które by mi przyniósł. W działaniu był po prostu bardzo ok, spełniał bez zarzutu swoją rolę. Tonizował, odświeżał i lekko dodawał blasku. Ale dostarczył mi przy tym bardzo wiele wewnętrznej radości, nie mogłam się doczekać aż go użyje i nie było szans na rozsądne podejście do ilości oprysku.

 

Beloved, Purify Your Soul Honey Mask

Oczyściłam swoją duszę. Natomiast o skórze bym tego nie powiedziała. Osobiście nie przypisałabym tej maseczce właściwości stricte oczyszczających. To znaczy – buzia jest wyraźnie gładsza po niż przed, ale dla mnie to przede wszystkim maseczka silnie odżywcza. W składzie m.in.: miód, glinki, oleje z pestek śliwki, róży i rokitnika, ekstrakty z papai i mango, kurkuma czy mandarynka. Także jest, co jeść.

Maseczka przypomina miód pod względem konsystencji, koloru i zapachu. Bardziej może żółty i nieco gęstszy ( trochę mi się też kojarzy z musztardą) i lekko kwaskowo-ziołowy w odbiorze nosowym, ale obecność miodu zdecydowanie definiuje tu całość. Maseczka jest więc miodowo lepka, ale nie tłusta. Powinno się ją wmasować w lekko wilgotną skórę i przy takim działaniu lepkość owa jest mniej wyczuwalna niż przy aplikacji na suchą skórę – bo próbowałam też z aplikacją na sucho i bez wstępnego masowania, ale wtedy efekty całego zabiegu były dużo mniej satysfakcjonujące nawet przy znacznie wydłużonym czasie zabiegu. Tak czy siak w formule wyczuwalne są natomiast delikatne drobinki przypominające piasek.

Wmasowaną maseczkę należy zostawić na 5-10min. Nałożona na suchą skórę w żaden sposób nie zmienia swojej formuły, nałożona na wilgotną – lekko przysycha niczym stygnący lukier. W obu wypadkach spłukuje się łatwo samą wodą. I mimo że zwykle zmywam maski Konjakiem, to tu zupełnie nie widziałam sensu sięgania po niego. Nie widziałam też sensu w nakładaniu dużej ilości. Dlatego, mimo że mam małe opakowanie 15 ml, starczyło mi ono na 6 razy, więc oceniam maseczkę jako bardzo bardzo wydajną.W ogóle oceniam ją mega pozytywnie. Taki ultradelikatny peeling enzymatyczny z bonusowym odżywczym kopniakiem.
 

Madara, Brightening AHA Peel Mask

Ogromnie mi się spodobała ta maseczka. Nie do końca jako peeling, ale bardziej jako maseczka właśnie. Choć niby w pewnym sensie efektów peelingujących nie mogę jej odmówić. Ogólnie efekty podzieliłabym tu na dwie kategorie: widoczne tuż po zabiegu i widoczne przy regularnym zastosowaniu 4-5 razy z rzędu.

Tuż po zabiegu skóra jest fajnie ujędrniona i napięta i to było pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po debiutanckiej aplikacji i rzucało mi się w oczy po każdej kolejnej. Moja cera miała też zdecydowanie wygładzoną fakturę i to podciągnęłabym pod efekty peelingujące. Była bardzo jasna, świeża i promienna, przebarwienia były uspokojone i częściowo rozjaśnione. To mnie zaskoczyło, bo czytałam opinie, że te maski są naprawdę mocne, że często wywołują podrażnienia i intensywne zaczerwienienia… tymczasem w tym wypadku u mnie efekt wprost odwrotny. Nawet przetrzymana do kwadransa Madara Peel ani razu w najmniejszym stopniu mnie nie podrażniła. 

Co do efektów, jakie daje Peel z czasem – efekt ujędrnienia nie utrzymuje dłużej niż dzień, dwa. Przy regularnym stosowaniu daje się go podtrzymać, ale po odstawieniu maski skóra w ciągu kilku dni wraca do swojego naturalnego napięcia. Co do wpływu na przebarwienia – tu efekt się potęguje i utrzymuje.

Ze względu na ten fajny wygląd cery tuż po maseczkowaniu, lubiłam stosować Peel bezpośrednio przed makijażem. Jeśli tylko czas pozwalał. A nie trzeba było tego czasu wiele, bo maseczkę i szybko się nakłada i szybko się zmywa i krótko się z nią siedzi: do 10min. Tempu działania sprzyja tu konsystencja – po wyciśnięciu z tubki maseczka jest takim… galaretowatym glutkiem ze śluzem? Wiem, brzmi fatalnie, ale tak mi się to kojarzy. Jest to luźna formuła, żelowa, więc rozprowadza się w mig. Warstwa ma być cienka. I nie ma sensu absolutnie niczego tu nabudowywać. Maseczka nie zastyga tylko przysycha. Jakby się umaczało mordkę w lukrze i lukier już ostygnął. W kontakcie z wodą znów się rozluźnia i zmywa lekko. Na pewno kupię kolejne opakowanie!
 

Sisibee, Hipoalergiczny krem z mocznikiem 10%

Sięgając po niego codziennie wieczorem zakochiwałam się coraz mocniej i mocniej. Krem z mocznikiem 10% do skóry suchej i bardzo suchej… której… nie posiadam, bo moja jest mieszana i… no pokochała ten produkt ogromnie. 

Podoba mi się, że to nasza rodzima marka. Podobają mi się szklane opakowania i skromna szata graficzna produktów. Oczywiście, podoba mi się skład kremu, a szczególnie ten mocznik, który jest jednym z moich ulubionych składników w pielęgnacji. W miarę podoba mi się zapach – delikatny, cytrusowo – różany według opisu, dla mnie może trochę zbyt trąci geranium, ale ogólnie spoko. Za to bardzo bardzo podoba mi się gęsta, zwarta, plastyczna konsystencja i wykończenie na skórze.  Według opisu krem wchłania się do matu, ale z tym nie do końca się zgodzę –  nie lepi się, ale to nie jest produkt stricte matujący i dający taki mat mat, jakbym się upudrowała, co dla mnie stanowi ogromny plus, bo kremów matujących nie lubię.

Od razu po nałożeniu widać i czuć działanie wyciszające. I TO mi się w tym kremie najbardziej podoba – działanie. Jest solidna dawka odżywienia i nawilżenia. Jest poprawa kolorytu i złagodzenie wyglądu przebarwień. I z dnia na dzień skóra robi się coraz bardziej miękka. Taka… gąbczasta, jakby wchłonęła całe dobro z kosmosu i taka sprężysta, że jak dmuchany materac odbija wszystko złe. Bez dwóch zdań krem widocznie poprawił kondycję mojej skóry. Kondycję, muszę to zaznaczyć, wyjściowo naprawdę niezłą, więc tym oporniej poddającą się poprawie. 
 

Dworzysk, Lawendowy mus do ciała

Mus tak puszysty, że serek Almette może mu pozazdrościć. Lawenda tak lawendowa, że nos świruje ze szczęścia. Doznania zmysłowe na najwyższym poziomie. A to wszystko dzięki mojej Adze kosmetyczny fronesis. Bo ja sama, mimo skrajnie obsesyjnego lawendowego fanatyzmu, żyłam w zupełnej nieświadomości istnienia firmy Dworzysk. Tymczasem dla miłośników lawendy to jest pozycia obowiązkowa. Tam jest wszystko, czego lawendowy maniak może zapragnąć.

Lawendowa mgiełka –  u mnie do spryskiwania poduszki przed snem. Oczywiście, można też samemu wymieszać hydrolat z olejkiem i zrobić taką mgiełkę, co nieraz czyniłam, ale i ta gotowa spisała bardzo dobrze. Susz lawendowy –  czyli piękne, fioletowe kwiaty. Nie wiadomo, czy nie szkoda konsumować, bo piękne… To może wrzucić do kąpieli, ozdabiać posiłki… No nie wiadomo! Więc piję! Wieczorami pół na pół z melisą dla dobrego snu. Lawenda nadaje melisie ( za którą solo nie przepadam) smakowego pazura. 

No i, oczywiście, mus – niby klasyczny tłuścioch na masełkach i olejach, ale jest w jego puszystej lekkości coś, co mocno złapało mnie za serce. Pod palcami mus błyskawicznie zmienia konsystencje na oleistą, świetnie sunie po skórze, nie jest bardzo tłusty ( jak na tłuściocha, oczywiście) i, co bardzo bardzo dziwne, bo tego typu produkty praktycznie nigdy tego u mnie nie robią – nawet nieco się wchłania. Jak zwykle pod tłuściochy,  daje pod niego żel aloesowy. 

Lista moich lawendowych cudów Dworzysk na tym się kończy, ale w ofercie jeszcze herbatki, olejek eteryczny, balsam łagodzący, mydło w kostce, peeling, sól do kąpieli czy woreczek zapachowy. A najlepsze… najlepsze jest to, że cała ta lawenda pochodzi z polskiej uprawy kwitnącej w sercu podlaskiej puszczy. Uprawy pieczołowicie hołubionej przez właścicieli marki. Można się tam zresztą wybrać, bo Dworzysk organizuje spacery, pikniki i warsztaty. Kto jedzie ze mną na wózku lawendowego maniaka?
 

Be The Sky Girl, Just Say Yes! mus do ciała

Ach, jakie to przyjemne smarowidło było! Moja ukochana, idealna konsystencja serka topionego, śliczny zapach i świetne działanie z bonusem.

A z tym zapachem, to mogłam wpaść jak śliwka w kompot! Ale dzięki kochanej Sylwii z Papayashop i próbkom, jakie dostałam, mogłam powąchać wszystkie zapachy zanim zdecydowałam się na pełnowymiarowe opakowanie. I to mnie ocaliło przed nietrafionym wyborem, bo ja z opisu wybrałabym Sweet Life, gdyż lubię słodkie wonie, a tymczasem okazał się on dla mojego nosa czymś bardziej owocowym, jakby porzeczkowym, całkiem ładnym, ale nie takim, jakiego oczekiwałam od Sweet Life. Wild Forest najmniej przypadł mi do gustu i tu bym się na pewno męczyła zapachowo z dużym opakowaniem. Po pierwszym niuchnięciu zdał mi się jaśminowy, ale jak zaczęłam go rozsmarowywać, to taka klozetowa cytrynka się zrobiła jak dla mnie.

Faworytem został zdecydowanie Just Say Yes!, więc po prostu powiedziałam mu TAK! bez zbędnego krygowania się i spędziliśmy cudowne, wspólne chwile.  Trudno mi jednak ten zapach opisać.  Moim zdaniem jest najdelikatniejszy ze wszystkich, taki nieoczywisty. Czuje tu trochę jaśmin, trochę coś lekko słodkiego… dla mnie ta kompozycja jest piękna. 

Wszystkie musy są cudownie maślane i pięknie się rozprowadzają. Nie znajduje jednak w tej konsystencji uprawomocnienia nazwy mus, bo to nie są formuły lekkie czy puszyste. Masło wydaje mi się bardziej adekwatną nazwą. Na skórze czuć, że są to produkty treściwe. Nawilżają i odżywiają. Zostawiają lekką powłoczkę… piękny zapach… i subtelny blask. Subtelny! Ciało się elegancko mieni.  A nie, jak to czasem bywa, gra rolę przemytnika brokatu z opakowania na pościel i piżamę…

Jedyna rzecz, która mi się w tym musie nie podoba, to plastikowe opakowanie z podwójnym dnem. Poza tym jestem zakochana po uszy. Polecam Wam też peeling do twarzy tej marki! 
 

Natural Secrets, Peeling kawowy z pomarańczą i imbirem

Bardzo bardzo fajny peeling. Może nie czysto kawowy, bo jak widzicie jest i cukier, ale to kawę głównie widać i czuć. W zapachu lekko pobrzmiewa też pomarańcza. Choć przy wąchaniu produktu w opakowaniu się na to nie zapowiada, to w czasie rozprowadzania go na skórze wytrawna, skórkowa pomarańcza daje o sobie znać.

Przy pierwszym rzucie oka po otwarciu opakowania może się zdawać, że peeling będzie tłusty, bo naszym oczom ukazuje się małe, olejowe jeziorko. Jednak to jest złudne wrażenie. Peeling bynajmniej nie należy do tłuściochów. Istotnie, miałam wrażenie, że pierwsza połowa słoiczka była tłustsza niż druga ( co nie znaczy tłusta), ale to raczej kwestia tego, że niezbyt dokładnie rozmieszałam produkt po otwarciu. A nie zrobiłam tego zbyt dokładnie z tego powodu, że peeling jest dość zbity. Z jednej strony to źle, bo trudniej się go wyciąga i zdecydowanie warto mieć do tego celu łyżeczkę albo szpatułkę, ale z drugiej dobrze, bo wyciągałam go dzięki temu mało i był chyba najbardziej wydajnym peelingiem w mojej kosmetycznej historii.

Wydajny był też dlatego, że niewiele drobinek ucieka w trakcie masażu. Trzymają się one w kupie, póki się ich nie rozetrze, a w czasie rozcierania dobrze przylegają do skóry. Cukier jest spory i nie rozpuszcza się za szybko, kawa, wiadomo, nie rozpuszcza się wcale. Jednocześnie drobinki łatwo się spłukują – samo ciśnienie wody usuwa zdecydowaną ich większość. Usuwa ze skóry. Jeśli chodzi o wannę… no trzeba ją umyć. Wiem, że wiele osób dissuje peelingi kawowe z powodu syfu, jaki stwarzają w wannie, ale według mnie każdy peeling robi taki sam syf, tylko przy ciemnej kawie jest on bardziej widoczny. Syfu można uniknąć robiąc peeling na sucho samą zmieloną kawą. Ja jednak lubię gotowce, a tego tu ukochałam sobie bardzo.
Podoba mi się też to, że opakowanie jest z solidnego szkła, żadna plastikowa ściema jak obecnie przy peelingach Wellness&Beauty z Rossmanna. Nie powiem, żeby wygoda użytkowania tego rodzaju peelingowego weku była duża, ale ja po prostu uwielbiam takie słoiczki za wrażenia czysto estetyczne.

POPULARNE POSTY

Komentarz o “Ulubieńcy stycznia i lutego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You cannot copy content of this page
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie.